RSS
 

Jak uratować związek ?

31 mar

Poniższa historia bierze udział w konkursie pt. „Jak uratować związek?” Blog.pl i Wydawnictwa Znak Literanova – www.jak-uratowac-zwiazek.blog.pl

Podobno pierwsza paczka papierosów smakuje najlepiej. Potem się to polubi. Albo nie. Mój papieros jest kolejnym z kolejnej paczki. I nie smakuje już tak dobrze. Może dlatego że mam mniej żółci w żołądku i powoli inne rzeczy na powrót zaczynają mi smakować.

W kieszeni mój największy wróg- telefon. Kiedyś nauczyłam się cierpliwie czekać aż zadzwoni. Aż do tamtego dnia. Telefon miał zadzwonić, ale jednak milczał. Najpierw sprawdzałam z nadzieją co pół godziny- może wyszłam z pokoju w biurze i dlatego nie usłyszałam. Potem co godzinę. Wtedy już parzył moja dłoń. Kolega z pracy spytał czy coś się stało. Wtedy telefon stawał się już moim wrogiem. Bo milczał. Znowu. Znowu to samo.

Zadzwonił następnego dnia. Ale tam, w mojej głowie, już huczało jedno zdanie, wysyczane mi do ucha przez znajomego gdzieś na imprezie: byłaś najlepsza z ekonomii z nas wszystkich, więc zrób wreszcie ten rachunek zysków i strat!

Dla tego jednego zdania zarzuciłam kompletnie pomysł przeprowadzki do K. Co prawda „tam są większe perspektywy na karierę, wyższa kultura itp.” Ale znów wracać do tych samych, przerobionych tyle razy ścieżek? Kiedyś mieszkaliśmy razem-dzwoniłam: „Witaj kochanie, mam prośbę – wyjmij proszę przed wyjściem mięso wołowe z zamrażarki, jest w woreczku po prawej stronie…” Po powrocie okazuje się, że mięso w zamrażalniku było nadal, nietknięte. Nie wiedział które to jest, więc na wszelki wypadek nie ruszył niczego ani nie zadzwonił żeby się upewnić. Musiałam szybko iść do sklepu i kupić coś świeżego. Moją uwagę zagłuszył szelestem gazety. Mamusia nie nauczyła go odróżniać mięsa wołowego od innych.

Jeszcze zanim mieszkaliśmy razem, na moją delikatną uwagę, że chyba coś zrobił niezgodnie z naszą umową – zapadało milczenie. Żadnego przepraszam ani „uważam, że nie masz racji…”.

Mojego papierosa lubię, w przeciwieństwie do tych momentów kiedy oglądał się za innymi kobietami. Ani tych, kiedy czułam że „z tej mąki chleba nie będzie” a u mojego boku pojawiał się ktoś inny- bo wtedy on zamieniał się w „duszę towarzystwa” i wszędzie go było pełno.
Pora ratować związek z samą sobą: doskonale pamiętam moment, kiedy miałam wrażenie, że przy nim emocjonalnie rozpadam się na dwa kawałki, a w każdym kawałku są inne moje cechy bo ON, jak kompas wyznaczał kierunek, a w końcu rytm mojego życia, więc ta druga połowa była zbędna i zepchnięta na margines. A ja w końcu odkryłam, że lubię swój margines. Jest w nim tyle ciekawych rzeczy do odkrycia…
Jak ratować związek z mężczyzna? Nie wiem, ale jeszcze się kiedyś nauczę :)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii, Społeczeństwo

 

Krzyżacy w Gdańsku 1308-1454

04 lis

Rycerze wkroczyli do Gdańska w 1308 roku, na prośbę kasztelana Boguszy broniącego grodu przed rodziną Święców sprzymierzonych z Brandenburgią. Taki ruch kasztelan wykonał za namową opata dominikanów i za zgodą Władysława Łokietka. Opuszczać Gdańska już nie mieli zamiaru, nawet kosztem rzezi na mieszkańcach (13.XI.1308). Jeśli chodzi o rzezie- nie zapominajmy, że pogańskie obrządki były celebrowane nie tylko w Anglii Robin- Hooda. W Trójmieście do dziś funkcjonuje świątynia pogańska… Nawiązując do poprzednich moich wpisów- w mieście osiedlali się licznie Niemcy, interesy mieszczan były zgodne z całym środowiskiem lubeckim, a więc niemieckim. W takim razie wujkowie z zakonu przyjechali w odwiedziny do rodziny, a że zabawili prawie 150 lat…

O Kazimierzu Wielkim mówi się, że „zastał Polskę drewnianą a zostawił murowaną”. Ceglany Gdańsk zbudowali Krzyżacy, przedtem był to prawie w 100 % drewniany gród. Do póki były pieniądze inwestowano w infrastrukturę. W latach 30-tych XIV w. zakon zbudował mnóstwo urządzeń wytwórczych- młyny, tartaki, garbarnie itp. ( w tym słynny Wielki Młyn- największy zakład przemysłowy w całym państwie krzyżackim). Od 1340 roku pisze się o zamku krzyżackim, który był częścią fortyfikacji obronnego kompleksu, składającego się z 3 osad mających prawa miejskie. Osady bez odpowiedniego ufortyfikowania ginęły z powierzchni ziemi, palone przez piratów albo w czasie walk o władzę na Pomorzu. Przykładem niech będzie Grodzisko – do zwiedzania w Sopocie.


http://www.archeologia.pl/grodziskosopot/skansen.html

Jerzy Samp nazwał Gdańsk „miastem czterdziestu bram”. Jeżeli popatrzymy na plan Starego Miasta nietrudno zauważyć, że każda uliczka wiodąca do Motławy kończy się bramą. To ochrona przed pirackimi atakami od strony rzeki.

Dla żartu można powiedzieć, modelem krakowskiej szkoły historycznej, że Krzyżacy są odpowiedzialni za powódź na Gdańskiej Oruni w 2001 roku, ponieważ to oni zbudowali feralny kanał Raduni.


http://www.trojmiasto.pl/wiadomosci/Tak-zmienia-sie-kanal-Raduni-n62990.html

Miasto rozwijało się pomyślnie, zwłaszcza w XIV w. „Twarde rządy krzyżackie zapewniały w państwie spokój i bezpieczeństwo wewnętrzne” które z kolei sprzyjały rozwojowi handlu. Świadczy o tym wzrost liczby ludności: pod koniec XIV w. tzw. Główne Miasto miało 10 tys. Mieszkańców, w połowie XV w dwa razy tyle, miasto rozbudowało się w kierunku wschodnim -tzw. Długie Ogrody.

Gdańsk sam w sobie nie był spokojny: był miejscem tarć społecznych i politycznych. W 1378 cechy usiłowały zdobyć miejsca w Radzie i Ławie (organach władzy samorządowej), ale Rada znalazła wsparcie u Krzyżaków, a bunt stłumiono. W podobnym okresie trwały bunty czeladnicze, tłumione wspólnie przez Radę, krzyżaków i z pomocą związku miast pruskich. W 1363 r. podczas Jarmarku Dominikańskiego doszło do starcia zbrojnego polsko-niemieckiego. 18.06.1416 pospólstwo zaatakowało ratusz Głównego Miasta- heca skończyła się krwawo, ale zakon ograniczył władzę patrycjatu. W latach 20-tych XV w. patrycjat wrócił do swojej pozycji, a mieszczanie zaangażowali się wspór między zakonem z stanami pruskimi. W 1440 r. w Kwidzynie powstał Związek Pruski, mający na celu ochronę praw stanów. Na mocy sądu cesarskiego w 1453 roku nakazano związek rozwiązać i stracić 300 jego przywódców. W 1454 roku wybuchło zbrojne powstanie przeciwko zakonowi.

Krzyżacy oddali gdański zamek mieszczanom 11 lutego 1454 widząc solidne przygotowania do powstania. Zgodnie z legendą, zamek w Gdańsku został zburzony w ciągu 2 dni przez rozgniewanych mieszczan, na fali oburzenia mordami krzyżackimi. W rzeczywistości trwało to oczywiście dłużej, a makietę zamku można oglądać w Muzeum Archeologicznym przy ul. Mariackiej.


http://www.archeologia.pl/index.php?n=5

Ofiarą wściekłości stało się również Nowe (Młode) Miasto, zbudowane przez zakon -obecnie tereny stoczni – i zrównane z ziemią w 1455 roku.

Podsumowując: Krzyżacy obwarowali miasto, porządkowali sprawy prawne, nadali prawa miejskie 3 ośrodkom, wspierali rozwój miasta. Zwrot nastąpił po klęsce w 1410 roku, kiedy zakon zaczął słabnąć i robić zakusy na przywileje stanowe oraz „psuć pieniądz”. W rezultacie Gdańskowi było po drodze z Polską, gwarantującą szerokie przywileje.

Bibliografia:
„Dzieje Gdańska” E.Cieślak, Cz.Biernat , Gdańsk 1994
„Legendy gdańskie. Baśnie podania i przypowieści” J.Samp, Gdańsk 1992

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii historia

 

Halloween się zbliża !

29 paź

Jest jesień, a u niektórych spadł już pierwszy śnieg. Banalne dni nasuwają banalne skojarzenia i mimowolny potok słów… Przeszkadzać im czy też nie? Długie wieczory mogą mieć zapach cynamonu albo imbiru. I to siedzenie i gadanie o niczym, o niczym, o niczym…

Przy herbatce za słodko. Pora czymś to przyprawić… A dobra historia nie jest zła… Pora wywołać pierwszego (nieczystego?) ducha: Pewnego razu była sobie dziewczyna. Młoda. Ładna. Mieszkała w mieście T. Przez miasto T. przejeżdżają pociągi. I te pędzą bez opamiętania. Więc żeby przejść przez to szalone torowisko ktoś wymyślił kładkę. Taką solidną, w zasadzie cały wiadukt- most po prostu, by można było bezpiecznie pójść do szkoły. I ona przez tę kładkę do szkoły dreptała. Dzień po dniu, oczywiście z przerwą na wakacje. Tak dreptała latami. Aż któregoś razu dzień okazał się inny od wszystkich innych. Na górze stała grupa podpitych, bezczynnych facetów. Obserwowali ją od momentu jak postawiła stopę na pierwszym stopniu. Co było potem… Do szkoły nie doszła… Za to po wydarzeniu została pamiątka, która rozwijała się powiedzmy przez 9 miesięcy, może mniej. No cóż, z porządnej dziewczyny zrobiła się „żarówa”. Żarówa, jak Pan Bóg przykazał, postanowiła zaakceptować stan rzeczy. A że dziecko okazało się upośledzone? No więc noś kobieto swój pański krzyż. A dziecko rosło, było agresywne, nadpobudliwe, gryzło, mówić się nie nauczy może nigdy… Dziewczyna wytrzymała. Z dzieckiem całe trzy lata. A potem znowu poszła na tę kładkę, most. Gdzie zdarzyło się TO. Tym razem nikogo nie było. Więc nikt jej nie zatrzymał gdy skoczyła na tory. Dziecko zostało z babcią. Babcia przecież kocha wnusia…

I pora na drugą. Minęła kolejna rocznica jej śmierci. W mediach głośno, bo miała 14-lat i zabiła się z powodu kolegów. Wszczęto śledztwo- gdzie był nauczyciel, co robił, dlaczego nie robił… Był telefon z filmikiem, filmik skasowano, potem odzyskiwano… Zdejmowali jej majtki, nie zdejmowali. Ktoś widział- nikt nie widział. Przecież to mali chłopcy, więc do gwałtu nie doszło. Udawali gwałt- nie udawali. Ona wyszła z sali pogodna, przecież się śmiała. Dlaczego zabiła się „dopiero” w sobotę? Planowała od początku- zrobiła to spontanicznie. To były wygłupy- to było na serio. Ani z nami już nie ma.

A teraz na mównicę sejmową mogą wejść posłowie i grzmieć: zero tolerancji dla przemocy w szkole, zero tolerancji dla dyktatu duchownych. Od strony siedzących na sali padnie profesorskie „s***laj”, a szoł się kręci dalej. Będzie co puszczać w Internecie.

Zbliża się Halloween, pora wezwać wszystkie strzygi i potwory, chowające się po kątach przez resztę roku. Strzygi powracają aby zemścić się za swoje krzywdy, więc drżyjcie…

I w tym wszystkim zabrakło mi tylko jednej rzeczy. ZAUFANIA tych dziewczyn DO DRUGIEGO CZŁOWIEKA i wiary, że ktoś może pomóc.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Społeczeństwo

 

Krzyżacy: w stronę Gdańska

24 paź

Po ostatnich doświadczeniach z nagrodą za wpis aż się boję zasiąść do mojego osobistego. Nagrody cieszą, ale i paraliżują. Albo stają się inspiracją do nowych poszukiwań :).

Każdy z nas chodził do szkoły- jakiejś- bo tak każe ustawa. No, literki rozpoznawać umiemy. Inaczej nie czytałoby się. Są też szkoły, które uczą patrzeć na świat pod określonym kątem i wtedy mówi się, że uczą myśleć, myśleć tak jak psor wystawiający cenzurki oczywiście… A wracając do historyczno- histerycznych wynurzeń o Krzyżakach. Prawda jest taka, że w podręcznikach dla dziatwy szkolnej dominuje tzw. „Szkoła krakowska”, której osobiście nie cierpię. Z przyjemnością usłyszałam kiedyś na zajęciach  z ust pani doktor sztuk pięknych, że Jan Matejko kiepskim artystą był. (Łaaał, czyżby zawitał do nas pluralizm?)

Z pięknego Krakowa przenieśmy się do Gdańska- takiego grodu, gdzie biznes usprawiedliwia wszystko. Innymi słowy- do królestwa mamony. Gdańszczanie tak kochali dźwięk pieniądza, że będąc osadą słowiańską (pisali o tym badacze zarówno polscy jak i niemieccy) zdecydowali się na budowę miasta od XIII w na prawie lubeckim, a więc niemieckim. Żeby nie było nieporozumień- można było lokować miasta na prawie polskim. Świętopełk (książę pomorski) dokonał nieprzypadkowego wyboru- wraz z osadnikami niemieckimi napłynęły z nimi nowe techniki rzemieślnicze i rozległe powiązania handlowe- czyli potencjał gospodarczy, intelektualny i pieniężny. Język niemiecki był oficjalnym sposobem komunikacji nieprzerwanie od początku historii MIASTA do 1945 roku, a młodzież kupiecka w celu opanowania polskiego musiała udawać się w głąb kraju Piastów. Gdańsk był siedzibą książąt pomorskich, spokrewnionych z Piastami, którzy uznawali zwierzchnictwo Mieszka I oraz koronę Bolesława Chrobrego ale poza tym afirmowali słowiańską anarchię.

Mała dygresja- czy zauważyliście, że Słowianie nie byli w stanie stworzyć samodzielnie państwa, zawsze potrzebowali wsparcia z zewnątrz- np. kościoła? Organizacja słowiańska sięgała bowiem maksymalnie tzw. opola, czyli aliansu kilku grodów. Na pytanie skąd się wzięła ludność na danym terytorium generalnie są dwie odpowiedzi: pierwsza, że są autochtonami (tutejsi, będący od początku); druga, że to ludność napływowa. Więc szkoła krakowska dzielnie od ponad 100 lat wkłada do głowy, uzasadniając prawo Polan do ziem położonych między Wisłą a Odrą, że Polacy są autochtonami. Tymczasem ktoś nieśmiało odważył się to zakwestionować- nie tyle prawo Polaków do ziemi, ale wiarę w autochtoniczność. Pamiętajmy, że wieki ciemne średniowiecza to kilka fal wędrówek ludów, bez szczegółowych rejestrów z racji powszechnego analfabetyzmu. Na ziemiach Europy Środkowo- Wschodnich również trwały przemieszczenia. Osoba mająca odwagę mieć odmienne zdanie to emerytowany obecnie gdański profesor Andrzej Piskozub, wskazujący na fakt, że nasze dzisiejsze ziemie były słabo zamieszkane, na dobre dopiero od ok. VI wieku, dlatego za czasów Piastów miały miejsca tarcia wewnętrzne-  z racji świeżego zaludnienia granice po prostu jeszcze nie powstały.

C.d.n.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii historia

 

A miało być jak w bajce…

18 paź

Gdzieś pod ścianą prawie zawsze znajduje się TO. Magiczne pudełko w którym migają kolorowe obrazki. Pod spodem zazwyczaj jest więcej pudełek, kiedyś było wideo, dziś częściej odtwarzacz DVD. U mnie też stoją. Czasem trzeba przejrzeć zawartość półek i wtedy z sentymentem odkrywa się upolowane filmy. Pomiędzy arcydziełami kinematografii stoją pamiątki rodzinne. W ręku sprzęt do odkurzania, a w głowie płynął wspomnienia: a to chrzciny, a to komunia, a to ślub…

Pewnego dnia wpadła do Ciotka. Z takich, które na emeryturze oblatują wszystkich krewnych i znajomych królika. Od drzwi głośna i wymachująca rękoma. Udało się- doniosła do nas film ze ślubu dalszej Kuzynki. Na pokaz oczywiście, żebyśmy wiedzieli jak wygląda porządne wesele. Szybciutko herbatka, kawka, ciasteczka, czekoladka, oglądamy.
Przez ekran przewijał się korowód nieznanych mi ludzi. Ten mieszka tutaj, ten pracuje tam. Trzeba było podziwiać suknię i pannę młodą (dokładnie w tej kolejności). Był jeszcze pan młody, który stał na scenie i obejmował świeżo upieczoną ślubną. Razem składali podziękowania, ale do mikrofonu mówił on. Właśnie utkwił mi w pamięci ten moment, kiedy on dziękuje swojej żonie.

Panny młodej nigdy nie spotkałam- jej brata i najbliższe kuzynki tak. Mieszkała rodzicami w ogromnym domu z ogrodem poza Miastem. Znam tylko opowieści. Ojciec to odnoszący sukcesy biznesmen, dzięki czemu stać ich na wysoki standard życia. Odpowiednie ciuchy, samochody, wakacje i towarzystwo. Po jej ślubie świat się kręcił dalej.

Rok później Ciotka zawitała znowu. Uruchomiony został rytuał: herbatka, kawka, ciasteczka, czekoladka i… czekamy na newsy. Okazuje się, że będzie sensacyjnie. Otóż, jeszcze przed ślubem przyszły żonkoś został zawezwany przed oblicze ojca panny młodej. Czekał na niego w swoim przepastnym i położonym na uboczu gabinecie. Siedział w swoim wygodnym prezesowskim fotelu, a przed nim zestaw dokumentów. Magiczna nazwa: INTRECYZA. Ponoć rozmowa była ożywiona. Panie pozostały za drzwiami, a z racji przepastności gabinetu szczegóły rozmów na zewnątrz nie docierały. Dokumenty zostały podpisane. Minął rok od wesela, ale rocznicy ślubu nie było. Sześć miesięcy później został złożony pozew o rozwód- nie wiem która ze stron zdecydowała się na ten krok. Ponoć nieznajomy mi pan młody gorzko się rozczarował, bo jak przystało na młodego managera, miał naprawdę kilka świetnych pomysłów jak zarządzać majątkiem swojej żony. Niestety, w skutek podpisanych dokumentów plany spaliły na panewce.
Czy prawdziwą przyczyną rozwodu była intercyza?

Tak słuchałam tego cierpliwie i przypomniała mi się ekranizacja dramatu „Plac Waszyngtona”, wyreżyserowana przez Agnieszkę Holland, choć panna młoda z taśmy wideo była dużo ładniejsza od Jennifer Jason Leigh, a panu młodemu daleko było do pełnego uroku Bena Chaplina.

Na koniec, po wyjściu z sali sądowej na której ogłoszono zakończenie jej małżeństwa, Kuzynka ujęła się pod boki i stwierdziła: -Ale impreza była fajna, nie?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

(Nie)obyczajni rycerze…

16 paź

Meczu nie będzie dzisiaj, więc jest okazja żeby się pożalić, nie koniecznie na niedoróbki organizatorów. Moją największą katorgą w szkole były lektury z okresu pozytywizmu. Nienawidzę „Lalki” Bolesława Prusa, nie przepadam za Sienkiewiczem, choć jakoś przebrnęłam przez „W pustyni i w puszczy”. Uważam, że twórczość tego okresu „ku pokrzepieniu serc”, zwłaszcza produkty odwołujące się do historii, wyrządziły wiele szkód w umysłach młodych ludzi. Przecież krzyżacy oślepili Juranda i doprowadzili do śmierci Danuśkę!

Krzyżacy pojawili się na zaproszenie Konrada Mazowieckiego w 1228 roku, zarekomendowani przez Jadwigę Śląską (i jej małżonka Henryka Brodatego). Głównym powodem ich ściągnięcia były najazdy Prusów na ziemie Piastów. Innymi słowy, nasi nie dawali rady i ściągali posiłki. Posiłki przyjechały w postaci kilku osób. Mogę sobie wyobrazić, że cały dwór widząc „taką armię” ogarnął śmiech. Więc bez trudu przystali na warunki: ziemie które zdobędzie zakon znajdą się pod jego zarządem. Tylko nikt nie zdawał sobie z wagi ich potencjału: wiedzy i doświadczenia. A ekipa okazała się skuteczna w akcji. Już w 1234 roku wybuchł skandal i przed sąd papieski skierowano skargę na krzyżaków, ale ci mieli za sobą zarówno papieża jak i cesarza. W naszych podręcznikach od historii mowa o podrobionym podpisie. Ale mało mówi się o tym, że w owym czasie umiejętność pisania, czytania, negocjowania, znajomość historii, i prawa pewnie też, to domena … wysoko urodzonych kobiet, a nie mężczyzn. Pytanie, czy Konrad Mazowiecki w ogóle rozumiał co podpisuje? Może najzwyczajniej w świecie zrobił to, co wielu możnych ówczesnej Europy – zlekceważył rycerzy-zakonników i ich przyjaciół? Grunt, że ci odnosili sukcesy i w każdym przyczółku budowali warownię na chwałę bożą.

Zadziwiające jest to, krzyżacy zjednywali sobie kobiety- wspierała ich Jadwiga Śląska, a później Jadwiga Andegaweńska- król Polski (żona Jagiełły).  Czym zdobywali serca dam? Zachowaniem? Stylem zwanym dziś szarmanckim? Czyżby coś było nie tak z rycerskością Piastów? Nieee, ależ skąd. Rycerskość to znak rozpoznawczy panów w kraju nad Wisłą…

Skoro byli lubiani przez kobiety, zwłaszcza religijne, to skąd skargi na porwania? Być może wypada nawiązać do obyczajowości tych czasów. Rycerze, jeśli nie mieli stałego źródła dochodu, zajmowali się rozbojem. Branie innych w niewolę oraz przymus wykupu pojawiał się również przy okazji turniejów rycerskich. A turnieje zastępowały wojny, gdzie tym bardziej brano jeńców. Więc pewnie Krzyżacy tak robili, ale z drugiej strony nie odbiegało to od zachowania innych. Po prostu takie były czasy… Ale „Krzyżaków” Sienkiewicza czytało się w szkole i tak się zapamiętało…

Nikt nie weryfikuje fikcji literackiej. Nikt nie mówi o tym że Krzyżacy byli wmieszani w wewnętrzne walki o władzę Piastów i Książąt Pomorskich. I dlatego dostali się do Gdańska- grodu, gdzie liczył się zawsze przede wszystkim biznes, a reszta była tylko narzędziem…

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Na co zgodzi się kobieta w imię miłości: ToyStory

10 paź

Staję przed mini-tabliczką z cyferkami. Prawą dłoń opieram o stalowe drzwi w kolorze rdzy. Wbijam kod i wchodzę. Słyszę dobrze znany brzęczyk. Mogę pchnąć ciężkie wrota i wejść do budynku. Ten brzęczyk lubię, bo kojarzy mi się ze schronieniem, np. przed deszczem. Brzęczyka telefonu nie znoszę.- Powiedz że mnie nie ma! Mów pewniej, bo nie uwierzą!! Co ty do cholery wyprawiasz!!!

Idę po schodach na górę. Mam twarde podeszwy butów, więc kroki odbijają się echem. Nie tylko kroki, dialogi też. Przecież ściany są bardzo cienkie. Wszyscy wszystko słyszą. Ciekawe jak TO słychać…
-Ty małpo zielona, co ja ci mówiłem ?!! Ty cholero jedna !!!
-Jesteś tak samo głupia jak twoja matka!!
-I co tam znowu kitrasisz? Jak żyd !! Czego tak żydlaczysz !!!
-Co się tak pocisz jak mysz? Śmierdzisz ! Śmierdzisz leniem !! Idź się umyj !
-Elegantka ciebie jak z koziej dupy trąba!
-Jak ci strzelę w ten głupi łeb to się nogami nakryjesz !!
-Zabiję cię, no zabiję cię ! Ubiję jak psa!
-I co ? Myślisz ze ktoś ci teraz pomoże?! Że ktoś cię teraz uratuje?
-Przestań beczeć! No zamknij się !!- to do dziecka 3-miesięcznego
-Ja ci cholero jedna dam!! ( w powietrzu gwiżdże skakanka).
-Masz zrobić obiad ! Jak to nie umiesz !! (dwa szybkie „z liścia”) Nie znoszę jak ktoś kłamie!!!
Ale to nic. To przecież normalne. Może gdyby częściej na stole było ciasto… U innych przecież jest gorzej. ON przynajmniej nie pije. Bo po pijaku też się słyszało w rodzinie…
-Ty brzydka ty, ty KSANTYPO !
-Bo zaraz pasa zdejmę !
-Bo ci zaraz majtki zdejmę !
-Co taka skąpa jesteś?

Kiedyś sąsiadka z dołu mnie zaczepiła przy wejściu, kiedy byłam sama. Powiedziała, że ON jest taki niedobry, że widziała… Ale bała się odezwać, bo będę miała jeszcze więcej kłopotów.

Staję przed drzwiami do mieszkania. W kieszeni z ulgą znajduję pęk szczęścia. Czy pęk kluczy na wytartym breloku może być namiastką szczęścia? Okazuje się, że jak najbardziej. Bo czymże innym, jeśli wracasz do domu, masz pełen pęcherz i marzysz o toalecie, a tymczasem nikt nie otwiera ci drzwi, choć miał czekać. Oczywiście jest w środku. Tylko przez kilka godzin udaje, że nie ma GO. To kara za spóźnianie do domu. Starannie wymierzona. Po 5 latach…

No więc przekręcam w zamku klucz i już jestem na progu. Wita mnie ciemny korytarz, pytając szeptem, co tym razem na dzień dobry- kopa czy buzi? A może znowu puści mi pornoska?

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Społeczeństwo

 

SuperNova

20 sie

Dzisiejszą inspiracją jest nowa gwiazda medialna PiS, czyli pani profesor Krystyna Pawłowicz. Nie mogę również powstrzymać się przed przypomnieniem pani profesor Jadwigi Staniszkis. Obydwie panie wpisują się w pewien nurt obowiązujący w naszych mediach. Dzieli on kobiety na dwa typy: nieatrakcyjna fizycznie, ale ma coś do powiedzenia oraz silikonowa głupia lala. W zasadzie zadaję sobie pytanie po co tak kurczowo trzymamy się takich właśnie stereotypów? No więc zamieniam się w seksistkę i twierdzę, że robienie gwiazd z zaniedbujących się kobiet jest co najmniej niesmaczne.

Przypomina mi się pewien obrazek: fotka na której nieatrakcyjna dziewczyna stoi przed lokalem amerykańskiej sieci „Hooters”, z transparentem „Kobieta nie jest dodatkiem do jedzenia”, a obok niej atrakcyjna blond pracownica tego lokalu. Współczuję jednej i drugiej dziewczynie-bo „Hooters” jest zakamuflowanym burdelem, a w kraju gdzie dostępne jest praktycznie wszystko za rozsądną cenę, o jakiej w Polsce można tylko pomarzyć, nie ma potrzeby tak fatalnie wyglądać. Zdjęcie jest rozpowszechniane jako świetny żart sytuacyjny.

Czy obraz polskich kobiet w mediach to również świetny dowcip? Kto ma się poczuć dobrze z tym obrazkiem? Ma mi być fajnie, bo jestem ładniejsza od brzydkiej, ale mądrzejsza od tej lali? To jest pytanie również o to czym są media: czy są obrazkiem wycinka rzeczywistości?

W lutym 2010 roku przetoczyła się szydercza debata na temat uruchomienia studiów z zakresu „gender studies” na Uniwersytecie Gdańskim. Komu w ogóle to potrzebne? Czy stać jakąkolwiek uczelnię, nawet prywatną? Pytania powtarzam za Piotrem Dwojackim (Salon24). Odpowiedzi udzieliła codzienność: 10 ośrodków akademickich w Polsce prowadzi takie studia. A w Stanach chyba wszystkie ośrodki. Generalnie potrzebne jest nam chociażby do funduszy unijnych: pieniądze są na projekty, które wykażą ułatwienia dla funkcjonowania społecznego kobiet. Już dziś chyba żadna rozsądna komisja oceniająca projekty nie „kupi” stwierdzenia że „zostanie zachowana równość w dostępie do projektu”. To było dobre w edycji rozdania funduszy strukturalnych w latach 2004-2006.

Ale to  wszystko bzdury! To tylko  wymysł głupich feministek, które zapomniały gdzie jest ich miejsce w szeregu.  Przecież  powszechnie wiadomo, że postęp i rozwój gospodarki i tym samym narodu,  gwarantują nauki ścisłe i dwa (jak dotąd)  Noble w tej dziedzinie dla biało- czerwonych, tym samym ratując ich honor, zdobył powszechnie znany…. Tak, Maria Curie- Skłodowski !  Bo przecież kobiety, ten „puch marny”, nie zajmują się takimi trudnymi rzeczami jak nauka- to niezgodne z ich naturą! Dla nich poezja, kwiatki … A że życie Polek usłane różami nie jest, to muszą je sobie same wyhodować…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Znowu o „media literacy”…

13 sie

Miało być dziś o czymś innym , ale po publikacji kolejnego felietonu autorstwa prof. Staniszkis na portalu Wirtualna Polska w dniu 9 sierpnia, znowu się zastanawiam czy coś warte i komuś potrzebne jest „obrabianie” przekazów medialnych. Przecież autor miał pomysł i już, zrealizował go lub nie. Projekt zyskał aprobatę albo nie.

Zgodnie z zaleceniami naukowców, należy przyjąć, że „media literacy” to jest kurs obrony przed czarną magią. Generalnie dziedzina ma dwa cele. Pierwszy, to ukształtowanie w człowieku umiejętności tworzenia zdrowego dystansu wobec sugestywności autorów przekazów.  Drugi polega na zadaniu sobie pytania jakie treści w sobie kryje komunikat. I odpowiedzi, czy wszystkie warstwy komunikatu są zgodne z intencją autora. O przepraszam, zapomniałam o trzecim- przygotowanie do odpowiedzialnego kreowania przekazów medialnych.

No i mamy dwa problemy. Po pierwsze, każdy przekaz medialny ma kilka warstw komunikatu. Jeżeli ma tylko jedną, wizualną- to ktoś  się mocno pomylił! W przypadku reklamy zdarzają się w Polsce ciężkie przypadki „bombardowania” odbiorców głupotą, brzydotą i niczym więcej. Polecam coroczną imprezę „Noc reklamożerców”. Po uczestnictwie w niej zaczęłam z obrzydzeniem patrzeć na część reklam.

Drugi problem dotyczy autorstwa. Ilu autorów ma jeden przekaz? Pod artykułami znajdują się podpisy: czasem jeden, czasem więcej. Tylko że do tych nazwisk należy dodać kolejne: oprócz autora, w przypadku artykułu prasowego, co najmniej 3 innych osób, przez których ręce przewinie się publikacja. Finalny obraz może być niezamierzonym rezultatem pracy wszystkich tych osób. Na zajęcia z „ML” trzeba było wykonać ćwiczenie. Zgodnie z poleceniem,  zabrałam się za prasową reklamę -farby do włosów. W pewnym momencie wyszło mi, że za wydrukowaną fotkę odpowiada co najmniej 30-osobowa ekipa. I każdy jest współautorem…

Wracając do eseju profesor Staniszkis (po wstępie teoretycznym  najwyższa pora), opublikowanym na portalu Wirtualna Polska. Mamy tu głęboką autoreklamę pani profesor („przecież o tym pisałam w publikacjach…”). Nie jest żadną tajemnicą, że profesor swoje preferencje ma i nigdy ich nie ukrywa. Pojawia się pytanie, czy etycznym jest, by serialowy doktor reklamował swoim „autorytetem” specyfiki bez recepty… Zastanawia mnie tylko, na ile celowo opublikowano tekst z takimi  zwrotami jak „ kapitalizm polityczny”, „kapitalizm sektora publicznego”, „podstawowe pojęcia ekonomii politycznej postkomunizmu”, „kręgi klientelizmów”. Jaka będzie reakcja ekonomistów czytających tekst? Chyba tylko jedna:  Baby (nawet te z tytułem profesora) nie są jakieś inne. One są po prostu g..pie !!!  Ale o „gender studies” może innym razem…

Na podstawie: Media Literacy. Keys to Interpreting Media Messages, Art  Silverblatt, Preager Publishers, Westport 2001, wyd. drugie

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Czym jest dzisiaj film?

06 sie

Kino jest moją wielka miłością, choć w przypadku kina polskiego nie zawsze odwzajemnioną. W przeszłości kino uważane było za młodsze rodzeństwo teatru, tanią i pozbawioną walorów intelektualnych rozrywkę, a w stosunku do literatury jako coś absolutnie wtórnego. Dla zawodowego aktora gra w teatrze to jest „coś”, bo przecież kręcąc film można wszystko powtarzać do bólu. Dosłownie- Bette Davis grając główna bohaterkę w melodramacie „Jezebel” z 1938 roku scenę wejścia na bal w sukni do jazdy konnej powtarzała ponoć 43 razy! Dla kontrastu, wyjście głównej bohaterki, granej przez Krystynę Jandę, z gdańskiej Bazyliki NMP to były dwa duble do filmu „Wróżby kumaka”, w reżyserii Roberta Glińskiego. Jak widać Polacy są takimi mistrzami kina, że powtarzać się  nie muszą… Więc co to za sztuka grać w filmie? Przecież każdy to potrafi!

Nie wiem czy Was również, ale mnie teatralna gra Clarka Gable’a w legendarnym „Przeminęło z wiatrem” z 1938 roku już po prostu śmieszy. Ktoś wreszcie wpadł na pomysł, żeby zdjąć ten stały punkt z ramówki świątecznej TV w Polsce.

Któregoś letniego dnia w 2004 roku opuszczając kino, dyskutowaliśmy ze znajomymi na temat obejrzanego właśnie filmu. Mowa o „Hero” Jeta Li. W tamtym momencie dotarło do mnie w całej jaskrawości, że film jest jak książka, i trzeba umieć czytać by móc się nim delektować.

Dziś jesteśmy już dwa lata po premierze „Incepcji” Christophera Nolana, filmu który bezlitośnie podzielił widownię według stopnia wykształcenia- im bardziej wyedukowany widz, tym bardziej mu się historia podoba.

Kino, na przekór narzuconym niepochlebnym opiniom, urosło do rozmiarów giganta, nokautując bezlitośnie teatr i literaturę. Porównajcie liczbę teatrów do liczby sal kinowych w mieście oraz frekwencję w kinach do frekwencji w bibliotekach. Ukształtowało ono swoją specyfikę  i rządzi się określonymi prawami.

Nie uwierzycie być może, ale jest pewna dziedzina naukowa która się tym zajmuje. Nie chodzi tu jedynie o kinematografię ale o całą gamę tzw. kanałów komunikacji masowej, do której zaliczają się radio, TV, wszelkiego typu reklamy, prasa, Internet. I zapewne ktoś mógłby dodać więcej. Dziedzina o której wspominam to „media literacy”- czyli umiejętność „czytania” przekazów medialnych. Po co komuś taka wiedza? Dla tych, którzy przedtem o tym nie wiedzieli, pomaga zrozumieć pewne rzeczy i dzięki temu lepiej się bawić. Tym którzy już coś słyszeli na ten temat, ma pomóc bawić się jeszcze lepiej.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii